• Wpisów:69
  • Średnio co: 16 dni
  • Ostatni wpis:20 dni temu
  • Licznik odwiedzin:4 864 / 1169 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Minęło dwa tygodnie od ostatniego wpisu.. Hmm no cóż chciałoby się powiedzieć, ale jak widać nic nie jest łatwe i proste.. Powoli swoim torem próbuje odnaleźć się w nowym mieście, w nowym dla mnie miejscu.. I niby ok., bo każdy jakoś tam zaczynał, no ale mi jest cholernie trudno.. Moje myśli ciągle krążą wokół Ł. i najgorsze jest w tym wszystkim to, że ja jestem świadoma tego, że go kocham a wiem że nic nie mogę zrobić.. Te głupie uczucie kiedy człowiek chce coś zrobić żeby wreszcie być szczęśliwym, ale jest cholernie bezsilny, tak bardzo bezsilny.. Będąc z nim wszystko dla mnie wydawało się takie proste, takie łatwe, teraz nie jest, no właśnie nie jest.. Od tygodnia wahałam się, czy napisać tu czy nie, czy jest sens tego.. Skoro tu pisze widocznie mam taką potrzebę, albo może mam nadzieje że znajdzie się ktoś kto jest w podobnej sytuacji.. Nie wiem, nic już nie wiem.. Myślę o nim 24h, kiedy pracuje, kiedy się uczę, kiedy wykonuje obojętnie jakie czynności i wiem, że pewnie u niego jest inaczej, ale cóż.. Ostatnio jak odezwał się do mnie po takiej długiej przerwie, zapytać się co słychać, myślałam że serce wyskoczy mi z piersi.. No a waliło jak oszalałe.. Wiem, że wchodzi na watsa, widać kiedy jest dostępny.. Ciągle się zastanawiam, czy jeszcze kiedyś do mnie napisze i czy jak przypadkiem się spotkamy, to czy wszystko ożyje.. Wiem, że wszystko jest gdzieś zapisane nam w gwiazdach, ale skoro człowiek dąży do tego żeby być szczęśliwym to dlaczego nie mogę być z nim.. No i będąc z nim wiedziałabym, że to jest szczere i prawdziwe uczucie.. A tak pozostaje mi czekać i wieżyc w to, że los jeszcze nasze drogi kiedyś skrzyżuje
 

 
Cześć..
Znów po bardzo długiej przerwie do was wracam, tzn do tych co to czytają i do tych co nie czytają.. W planach miałam jakoś tego bloga naprowadzić na właściwe tory, no ale się nie da.. Znów po raz kolejny mam nadzieje, że ten blog pomoże mi zapomnieć o tym o czym chce zapomnieć, by nie cierpieć.. Zacznę może od tego, że moje cierpienie do J. sięgnęło zenitu, gdy dowiedziałam się paru rzeczy.. Ale po czasie nauczyłam się z tym wałczyć, wałczyć z jego brązowymi oczami, z jego uśmiechem, głosem itp. Moja osoba nauczyła się z tym wałczyć, Boże jak ja za to dziękuje, no ale tu jest zasługa właśnie jednej osoby.. Przez przypadek, albo może nie, chociaż przypadki chodzą po ludziach poznałam jego.. Nasze spotkanie nie należało do najłatwiejszych i najpiękniejszych, od samego początku jedne wielkie schody.. No ale jako, że wychodzę z założenia, że nie warto się poddawać, walczyłam jak lwica o małe, żebyśmy się tylko spotkali. No i tak jakoś się zeszło, że życie postanowiło z nas zadrwić i zakpić bo poznaliśmy się 1 kwietnia, a w piątek 13 umówiliśmy na spotkanie i choć wszyscy mówią jakie to pechowe, byłam najszczęśliwsza na całym świecie.. Ciągle powtarzał, że boi się spotkania i tego, że mu się nie spodobam, często myślałam jakie to denne no ale nie zabronię mu tak myśleć.. Koniec końców wpadł mi w oko i to bardzo.. Z czasem okazało się, że nieświadomie albo świadomie zaczęłam wkręcać się w to bardzo.. I to właśnie poznanie jego, poznanie Ł. uświadomiło mi, że zakochałam się i to na poważnie i moje tęsknoty do J. uciekły w zapomnienie.. Jakie to było zajebiste wiedząc, że ten J. który przez 10 lat był dla mnie ważny, okazał się mało istotny przy Ł. Wszystko w sumie byłoby pięknie gdyby nie fakt, że po jakimś tam czasie z przyczyn osobistych zaczął mnie unikać.. Zresztą zawsze to miało jakieś swoje potwierdzenie, wiec wierzyłam.. W końcu nie wytrzymałam i urwałam kontakt. Nie chciałam się widywać z nim raz na miesiąc, za bardzo mnie to bolało.. Po zerwaniu, lub półmiesięcznej ciszy.. jakoś pół miesiąca temu odezwał się jak gdyby nigdy nic… Spoko pomyślałabym ok, ale wszystkie wspomnienia wróciły i mimo, że staram się z tym wałczyć i zapomnieć by nie cierpieć to nie potrafię.. Serce mnie boli, bo jak go widzę nie ważne czy na instagramie czy innym portalu normalnie rwie się do niego.. Nie ukrywam, że brakuje mi jego głosu, słodkich słów, przytulenia, pocałunków wszystkiego, ale wiem, ze nie mogłabym mu zaufać drugi raz.. Czasem wydaje mi się, że jestem ponad to wszystko, że mam w sobie wewnętrzną silę by dać sobie z tym rade, bo przecież nie grał fair.. Ale ktoś kiedyś powiedział „miłość jest ślepa”, a skoro tak jest to dlaczego po czasie zabiera nam tych których kochamy, szczerze i prawdziwe.. No niby później daje nam po drodze poznać kogoś nowego, ale w większości przypadków to już nie jest to samo.. Cieżko mi o tym pisac, mówic, myślec, boli mnie to niesamowicie teraz tym bardziej bo przeprowadziłam się do tego samego miasta z przyczyn osobistych, gdzie on pracuje.. Cholernie czasem się boje, że go spotkam, że się miniemy.. Boje się tego bo wiem, co czuje i choć minęło już trochę czasu u mnie w sumie jest tak samo jak na początku.. Nie wiem, powinnam go znienawidzić z całych sił, ale nie potrafię.. Nawet nie wiecie, jaką mam nadzieje, że ten blog mi pomoże.. Od przyjaciół można tylko usłyszeć „jaki problem, zapomnij o nim” , wszystko ok. gdyby nie fakt, że łatwo to powiedzieć, ale trudno zrobić… Nie da się zapomnieć o kimś, kto był dla Ciebie całym światem, kogoś z kim miałeś wielkie nadzieje , plany na przyszłość itp.. Wszystko się pospało, wszystko w co wierzyłam związane z nami.. Jak nigdy i zaskakująco po J… Szkoda, że tak wyszło, ale widocznie tak musiało być i wyjść..
 

 
Hejka. Nie wiem od czego zacząć więc zacznę od początku. Weekend spędzony nawet w świetnym towarzystwie i co mnie nad wyraz cieszy to fakt, iż wreszcie ogarnęliśmy pierdoły do remontu łazienki. I tak w sumie wszystko nawet było by okej, gdyby nie to, że J. postanowił się odezwać i mnie przepraszać i się tłumaczyć.. Po hu.. mnie to interesuje ? WTF??? Dałam jasno, klarownie i czytelnie do zrozumienia, że boli mnie ta sytuacja i nie chce mieć z nim więcej żadnego kontaktu. Jeny jakie to jest trudne i ta relacja tak samo, to wszystko jest mega trudne i mega pogmatwane. Jedno czego chce na pewno, to fakt, że nie chce mieć z nim żadnego kontaktu, mam nadzieję, że dotarło po wczorajszym, a jak nie to z bólem serca poleci blokada na mess i finito. Już mnie to wszystko tak wku*wia, że głowa mała.. A po za tym, siedzę sobie aktualnie w pracy, jestem po badaniach i patrzę od czasu do czasu na okno jak śnieżek sobie pięknie pada i wszędzie w około robi się biało. No i w sumie zakończę chyba jakże pięknym akcentem "Jedni nie robią nic i mają wszystko, a inni starają się robić wszystko co tylko mogą i mają wielkie gówno". Pozdrawiam
  • awatar Gość: no cóż twój pech że należysz do tych drugich
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Cześć. Dzisiaj w pracy wczoraj wolne. W sumie jakiś tam standard, ale dobrze, że w ogóle jakieś zajęcia są. Ogólnie samopoczucie do bani.. Na słuchawkach leci Margaret- "Byle jak", a ja zastanawiam się, czego we mnie jest brak i to aż tak bardzo, że brak mi Ciebie.. Staram się jakoś żyć. Staram się układać sobie życie na nowo. Naprawdę cholernie się staram, by jakoś zapomnieć o tym wszystkim co mi się z nim przytrafiło.. Ciężko jest pisać coś, patrząc na fejsa i widzieć, kiedy jest dostępny i nic.. Chociaż wczoraj po tygodniu ciszy, nastąpił pewien postęp, mianowicie napisał mi ale mimo, wszystko widział jaki mam do niego dystans.. Wszystko się skończyło, a ja po raz kolejny postanowiłam, że postawię wszystko na jedną kartę. Koniec końców okazało się to zgubne, bo na zarzut w stylu "żałuję, że Cię kocham" odpowiedział "miłość nie wybiera".. Nosz ku*wa, więcej empatii, zrozumienia, albo czegokolwiek, ale nic tylko te słowa.. Po czułam się w sumie po raz kolejny jakbym dostała cios.. I weź człowieku wytłumacz mi dlaczego to wszystko jest takie popieprzone? Dlaczego jak dwojgu ludziom na sobie zależy nie mogą być razem.. Dlaczego to wszystko jest takie trudne.. Ja już nawet nie mam siły udawać.. No ale skoro zasługuję na kogoś lepszego, jak on tak twierdzi.. Beznadziejnie.. Zastanawia mnie tylko fakt, dlaczego tak musi być.. Ja już nie będę udawała, że nic się nie stało bo się stało.. Stało się, nie wiem co dalej z tym zrobić.. Może czas ukoi mój ból.. Ostatnio też ktoś mi powiedział, że najlepiej jest szukać kogoś takiego, kto będzie odpowiadał ideałom jakimś tam w głowie. Szukać kogoś kto da bezpieczeństwo, zaufanie, itp. Nie szukać byle kogo dla pocieszenia i ja tak właśnie robię.. Już nie pocieszam się byle kim, aby ktoś tylko był, tylko ktoś kto pozwoli mi zapomnieć i poradzić sobie z tym, co mnie teraz spotkało..
 

 
Dziś czuje się koszmarnie, totalnie koszmarnie.. Rano musiałam wziąć wolne z pracy, bo chyba bym się tam rozpadła na kawałki. W sumie można powiedzieć, że nawet zrobiłam coś pożytecznego, a mianowicie rozebrałam wreszcie choinkę, tak właśnie sezon choinkowy w moim domu się skończył. No ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo w sumie w tym roku znów będziemy ją ubierać
No i posprzątałam smaczki dla psów i porobiłam jakieś inne pierdoły, wiec w sumie pożyteczna czasem bywam (ahhh ta skromność, zajebista ). Coś co mnie zaskoczyło dzisiejszego dnia, to fakt, że jak się obudziłam doszłam do wniosku, że śnił mi się J. Tak wiem znów Ci on, ale cóż poradzić.. Ciężko o nim zapomnieć, ciężko o nim nie myśleć, ciężko wszystko jest ciężkie co z nim związane.. I wcale czas tu nie pomaga, mimo iż już jutro minie tydzień. Ten jeden okrągły tydzień kiedy zastanawiam się, co u niego słychać, jak mu się wiedzie, jak mu się żyje. Tak ciężko przeboleć fakt, że ktoś na kim Ci zależy nigdy nie jest na nic gotowy.. Pozostaje mi tylko mieć nadzieje, że chociaż on o mnie nie myśli i zapomni z czasem o mojej osobie i o tym co nas łączyło..
 

 
Tak jak napisałam tak wprowadzam w życie. Wczorajszy dzień spędzony w fajnym towarzystwie na premierze filmu w kinie pt. "Narzeczony na niby" (poniżej załączam zdjęcie z tego seansu). W sumie było nawet okej, nie powiem pośmiałam się niesamowicie w niektórych momentach, ale w niektórych to masakra.. Wszystko w sumie rozbijało się o to, że w niektórych scenach przypominały mi się sytuacje z J. I tak ja widziałam jak moja kumpela patrzyła na mnie w każdej możliwej minucie chwili czy aby na pewno, się nie zdołowałam stało się w sumie inaczej.. Ale wszystko stało się zaraz po seansie i jak wracałyśmy autem to puściły mi wszystkie nerwy.. No i jak to bywa pocieszenie się na nic zdało w sumie nawet liczyłam się z tym, że będzie ze mną kiepsko ale nie sądziłam, że taki film wywoła we mnie tyle emocji mimo, że to komedia.. Także jednak wychodzi na to, że po tym wszystkim co ostatnio przeżyłam jeszcze za wcześnie na takie ekscesy i romantyczne komedie.. Wszystko jest świeże i wszystko mi go w sumie przypomina.. A co do dzisiejszego dnia, to leniwa niedziela na maksa, ale chociaż po analizie wszystkiego co się wydarzyło moja relacja obija się o modną w tym roku relacje "Friends With Benefis", no może nie do końca bo nie na tym w sumie zależy ale podobnie. No a co to już oznacza to niech każdy sobie na to znajdzie odpowiedź.
 

 
Cześć, wiem, że ten blog miał być trochę o innej tematyce, którą bądź co bądź kontynuowałam do wczoraj. W całym swoim, życiu nie spotkałam się z takim chamstwem i prostactwem. Nie liczyłam na to, że ktoś zamieści komentarz pod moim wpisem, bo w sumie po co jak to tylko mój mały śmieszny świat i problemy jakie ma każdy. Zakładając tego bloga liczyłam się z tym, że na świecie jest wiele ludzi i wśród nich hejterzy, więc koniec końców, jakoś brałam to pod uwagę. Ale tak naprawdę osoby które rzucają przysłowiowym mięsem na moje wypociny, nic nie dotknęło, nic nie przeżyli? Serio Ty który to czytasz a wczoraj byłeś takim kozakiem, pamiętaj, że zawsze są dwie strony medalu, a karma zawsze wraca. No i wreszcie Ty który to czytasz serio dowartościowałeś się wczoraj krytykując moje wpisy, urosłeś parę cm w górę? Mnie takie teksty w ogóle nie ruszają, ponieważ znam swoja wartość i wiem na co mnie stać. A wracając do początku wpisu.. Będę starała się też tutaj umieszczać inne wpisy, żeby odejść trochę od tego smutnego tematu. Na dniach coś powinno się zmienić. Pozdrawiam
 

 
No i stało się.. Nie wiem czy to ukoi mój ból w jakiś sposób od wczoraj ale może jak to napisze i później przeczytam z milion razy to zrozumiem, że widocznie tak miało być. Niby się tego spodziewałam, niby wiedziałam, że to nie miało sensu, przecież nigdy nie ma i zawsze ktoś lub coś staje nam na tej jeb*nej drodze do wspólnego szczęścia.. Nie mam do nikogo żalu, oczywiście oprócz siebie, że po raz kolejny jak naiwna nastolatka dałam się wpuścić na manowce i uwierzyć w to, że chce coś budować. Nie rozumiem po co pisać, że komuś zależy, że się martwi, że chciałby spróbować nie wiem.. Jak z nim pisałam do samego końca nie wierzyłam w to, że to prawda nie wierzyłam w to, że to co pisze może mieć kiedyś miejsce.. Będąc u niego zdawkowo zapytałam się tylko, czy to co pisał w wiadomościach było prawdą czy napisał to pod wpływem chwili. Wszystko oczywiście potwierdził patrząc mi w oczy uświadamiając mi przy tym, że chyba to faktycznie ma sens i 10 lat czekania i bujania się z innymi można wreszcie zakończyć.. Ciągnąc dalej tą rozmowę, podczas powrotu do domu doszliśmy do wniosku, że musimy to przemyśleć bo to co się wydarzyło w weekend ma jakiś głębszy sens "pomyśleli..". I w sumie gdyby nie moja niecierpliwość i nie dociekliwość nie dowiedziałabym się nic a nic.. A wczorajsze słowa dobiły mnie tak jak ku*wa rok temu kiedy to dowiadując się, że kogoś znalazł dostałam taki cios w serce, że myślałam, że się nie pozbieram.. W ostateczności znalazłam na pocieszenie kogoś innego, gdzie i tak później h*j z tego wyszedł, no ale uświadomiło mi to tylko, że jestem silna i w stanie pokochać kogoś innego.. I nie było by w tym w sumie wielkiego bólu dupy, gdyby nie fakt, że znów zaczęłam z nim pisać.. Na początku, wspierać go w ciężkich chwilach, a później z czasem pisać coraz więcej i częściej i tak do spotkania w weekend.. Nie wiem co to było, nie wiem po prostu nie wiem. Ciągle zadaje sobie pytanie, po co mi to było? Po cholerę tam jechałam, znów z głupią nadzieją, że może będzie lepiej i coś się zmieni.. Hmm "pomyślała" coś się zmieniło? jest bardziej dojrzalszy? może to faktycznie ten czas? może wreszcie po 10 latach jest sens żeby coś budować? I jak to zwykle bywa ja na nic nie liczyłam, nie no w sumie w tamtym roku na coś liczyłam i jechałam w jednym celu, a teraz nie liczyłam na nic po prostu jechałam odwiedzić starego znajomego.. Ale życie to nie bajka i nawet jak wmawiasz sobie pewne rzeczy to i tak nic tego nie zmieni.. Mimo, iż ja nie chciałam nic i na nic nie liczyłam, podświadomie miałam chyba cichą nadzieję, że coś z tego może być, ale gdyby nie było do tego podstaw nawet bym tak nie myślała.. Zawsze coś staje nam na drodze i zawsze później po czasie okazuje się, że on strasznie żałuje, że co rok jest starszy i już wie jak myśleć poważniej.. Za każdym razem, gdy ja się zaczynam angażować (i tu znów mogę napisać, że były do tego podstawy) on sprowadza mnie na ziemie, a ja po raz kolejny czuję się jak hmm no właśnie jak może się czuć taka osoba ?...... (wpisz sobie właściwe słowo). Szczerze to nie sądziłam, że ta obojętność, bo chyba tak to można nazwać znów po raz kolejny mnie zaboli, ale widocznie chyba dalej go kurwa kocham i wczoraj myślałam, że tego nie przeżyję.. Zakończyłam z nim tą zabawę w kotka i myszkę, nie chce by do mnie pisał, boli mnie to i ku*wa tak wewnętrznie boli jak.. już właśnie sama nie wiem jak.. Wiem, że życie toczy się dalej, że "może" kogoś poznam ale co mi po tym jak dalej kocham tego samego.. I nie bolało by to tak cholernie gdybym chociaż spróbowała z nim być i by nie wyszło. Powiedziałabym chociaż wtedy, trudno widocznie nie jesteśmy dla siebie pisani i trzeba się z tym pogodzić.. A tu wszystko wisi w powietrzu od 10 lat, pisząc z nim odżywa we mnie wszystko, a po czasie okazuje się, że to nie ma sensu.. I tak padło stwierdzenie "możemy się widywać, możesz przyjeżdżać jako przyjaciel jesteś mile widziana" no i co jeszcze.. Ja nie umiem w stosunku do niego być przyjaciółką, nie umiem udawać, że go nie kocham kiedy ku*wa jest inaczej. Ja już nie chce udawać, nie chce mówić, że mi nie zależy, że jakoś to będzie.. Właśnie ku*wa, że nie będzie, kocham go i choć wmawiałam sobie, że jest inaczej, cały mój plan zapomnienia o nim i o tej miłości wziął w łeb.. Bo choć powtarzam sobie, że będzie lepiej, póki co to marne pocieszenie.. A na koniec dodam tylko tyle, że strasznie zazdroszczę tym którzy zakochali się pierwszy raz tak prawdziwie i są z tą miłością tak do końca na dobre i na złe. I naprawdę tym wszystkim życzę mega szczęścia i miłości, nie poddawajcie się i walczcie. Ja z dniem wczorajszym poddałam się ostatecznie.
 

 
Piszę to bo znów chcę zrozumieć sama siebie, po raz kolejny na obecną chwilę przychodzi mi to w wielkim trudem. No więc byłam tam, pojechałam do Niego do mojej pierwszej miłości za którą kiedyś tak szalałam. Staram się zrozumieć tą całą sytuację, staram się postawić w jego trudnej sytuacji ale nie potrafię. Znamy się prawie 10 lat, ktoś by powiedział dużo, fakt bardzo bardzo dużo.. Wiecie zaczęło się od tak zwanego błysku w oku i pierwszego spotkania i od tamtego czasu się to ciągnie. Od tego pierwszego przypadkowego spotkania. Dosyć często zadaję sobie pytania co, by było gdybyśmy chociaż spróbowali być razem, chociaż spróbowali. Wiadomo raz mamy ze sobą kontakt raz nie ale spróbować tak na poważnie nie obiecując sobie nic tylko zobaczyć jak to będzie. Nie wiem, po prostu nic już nie wiem. Pojechałam do niego na cały weekend, w nadziei, że chociaż z mojej strony będzie tak jak rok temu, gdy u niego byłam. Okazało się, że we mnie już chyba całkowicie się coś zmieniło, tzn nie szaleję za nim jak kiedyś, kiedy to nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Wtedy kiedy to ja miałam zawsze cichą nadzieję, że może to właśnie jest ten czas żeby być razem i spróbować, ale zawsze sprowadzał mnie na ziemię mówiąc swoje "nie jestem gotowy". Czas faktycznie zmienia nas i podejście do pewnych rzeczy i tak własnie stało się w tym przypadku, bo ja zmieniłam swoje. Nie mam nadziei i nie wierzę w to, że kiedyś będziemy razem, bo ten czas już właśnie chyba mi pokazał. W sumie może to i dobrze, wiecie miło usłyszeć i przeczytać, m.in. "zależy mi na Tobie" , "jestem zazdrosny", "jesteś dla mnie ważna" "chciałbym spróbować jako para" ale te kur*a jeb*ne "ale", które tak wiele zmienia i sprowadza mnie na ziemię mówiąc przy tym -> nie teraz bo to nie ten czas i miejsce.. Nigdy nie ma odpowiedniego czasu i miejsca dla kogoś kto nigdy nie jest i nie będzie gotowy. Ten weekend dużo mi uświadomił w mojej głowie, poukładał pewne rzeczy na które nie miałam wpływu i choć przez messengera wszystko wydawało się takie piękne fajne i gładkie, w realu już takie nie było.. Bo ten dystans mój do niego i jego do mnie dało się wyczuć na kilometr, a ja ciągle mając w głowie jego wcześniejsze słowa i postępowanie względem mojej osoby boję się angażować bo wiem jak to było. Nic już w tym przypadku nie wiem, daliśmy sobie tydzień na przemyślenie co dalej z tym będzie i ultimatum, że albo się angażujemy albo dajemy sobie z tym spokój raz na zawsze.. Czas leci nie ubłaganie ja nie staję się młodsza, w nieskończoność też nie będę czekać bo życia mi zabraknie.. Najwyżej oboje będziemy żałować, że mogliśmy spróbować ale teraz jest już za późno... Co z tego wyjdzie czas pokaże, chociaż mój ojciec od wczoraj wierci mi dziurę w brzuchu co dalej co dalej, bo zobaczył go przez przypadek jak mnie podwoził do domu. I nawet ku mojemu zdziwieniu pogodził się z tym, że jak miałabym się wyprowadzić prawie 100 km od domu rodzinnego i być szczęśliwa z nim i z nim mieszkać zrozumiał by to. Nic nie jest zależne ode mnie, a może jest? Oboje jesteśmy świadomi tego co się wydarzyło, ale oboje niechętnie patrzymy na to co przyniesie przyszłość. I oby tylko z czasem nie okazało się, że przy bokach innych osób znów się znajdziemy zamiast dać szansę sobie i spróbować.. Czas pokaże, oby nie za późno.
 

 

...

Nie wiem co nawet napisać.. Nie rozumiem go i całej tej sytuacji w której się znalazłam.. Kiedyś parę lat temu marzyłam o tym, by się zaangażował w związek ze mną i wierzyłam w to przez dobrych kilka lat.. Miałam tą głupią cichą nadzieję. Teraz kiedy jemu i mi jest ciężko po różnych przeżyciach miłosnych okazuje się, że ja chyba nie mam siły się w to angażować.. Fakt uwielbiam z nim pisać, marze o spotkaniu z nim, ale przez te wszystkie lata coś pękło we mnie, a może to ta wiara co we mnie umarła nie pozwala mi się zaangażować. Wszystko okazuje się cholerną prawdą, że im człowiek jest dojrzalszy i bardziej doświadczony inaczej patrzy na życie.. Ja właśnie tak patrzę, patrzę tak z wielkim bólem i rozczarowaniem. Gdzieś tam z tyłu głowy mam obraz tego, że po co się angażować skoro i tak z czasem będzie się cierpieć.. Ja wiem, że to jest złe podejście, ale przez to, że tyle razy byłam zraniona nie potrafię inaczej, nie potrafię nikomu zaufać.. Boję się tego, że zostanę na stare lata zupełnie sama, a dlaczego bo właśnie boję się zaangażować.. I tutaj pytanie w sumie samo się nasuwa czy to co pisze o zaangażowaniu, tęsknocie, myśleniu o mnie i zazdrości jest prawdą. Czy to co przez te 10 lat wisiało w powietrzu i spotykaniu się i kontakcie z doskoku ma czas wreszcie się rozwinąć? Ja nie znam na to odpowiedzi, niestety.. A wiem, że jak spojrzę w jego piwne oczy to znów mi zmiękną kolana i wpadnę po uszy.. Staram się nic nie analizować, bo szkoda czasu i nerwów ale odpowiedzi na te pytania mogłabym poznać i się przekonać, czy to wszystko przez te lata było warte zachodu.. To właśnie przez to żadne związki mi się nie udawały, bo jak może udać się coś jak w głowie siedzi Ci ktoś przez cały czas.. Ehh nie wiem ;/
 

 
Cześć.. Znów mi ciężko, znów cholernie mi ciężko:/
Po raz kolejny moje plany związane z drugą osobą wzięły w łeb.. Na początku było wszystko okej liczyłam, że to "książę z bajki" przeliczyłam się totalnie.. A teraz do mnie pisze jak gdyby nigdy nic.. W sumie jak tak sobie pomyśle to dobrze, że to zakończyłam, bo przyszłości to nie miało żadnej.. Tylko nie lubię wywodów w stosunku do mojej osoby.. Ale cóż widocznie tak musi być, że zawsze ja jestem wszystkiemu winna .. Ehh
Ale jakby nie patrzeć na tą sytuację pojawia się druga strona medalu i odzywa się moja dawna pierwsza miłość.. Piszemy, śmiejemy się jest fajnie.. Widać, że jest inny w sposobie pisania całkiem inny niż ostatnio co pisaliśmy i ogólnie, bardziej dojrzały tak mi się wydaje.. Nie wiem w sumie co mam z nim zrobić, bo wiem, że coś jest między nami od kurcze 10 lat, ale nie miało okazji się to rozwinąć w sumie z jego winy. Chciałabym w to wejść z czasem ale cholernie się boję, że znów to się posypie i z tyłu głowy mam ta blokadę bezpieczeństwa i brak mocy na zaangażowanie dla kogoś kto zranił mnie 2 razy.. Chciałabym żeby to było prostsze, żeby wszystko było prostsze i jakoś się ułożyło.. Nie jestem w stanie odpowiedzieć mu na pytanie czy chciałabym się zaangażować.. Czuję tylko to, ze z mojej strony jest inaczej niż przez ten cały czas, kiedy to ja miałam nadzieję na coś więcej.. Już nie wiem nic, nic nie analizuję to nie ma sensu.. Jeżeli coś ma być to będzie i tyle a jeżeli nie to trudno, obym tylko wygrała tą nierówną walkę sama ze sobą i swoimi myślami..
 

 
Cześć.. Znów was zaniedbałam człeki Wy moje i to na dość duży okres czasu. Pisze, ponieważ czuje się trochę smutno po wczorajszej sytuacji.. W sumie niby nic, niby pogodziłam się z tym i wiem jak jest, ale jednak coś mnie tam troszkę zabolało. Wczoraj wieczorem siedząc i oglądając jakieś w sumie pierdoły w tv odezwał się jak gdyby nigdy nic On. Pomyślałam w sumie fajnie od wakacji już trochę minęło jak proponował mi spotkanie i tu nagle napisał. Euforii tu żadnej nie było, bo i w sumie dlaczego miała by być, ale jakiś delikatny uśmiech na twarzy się pojawił, że o mnie pamięta. Po jakiejś dłuższej rozmowę, chwilach ekscytacji, żalu i marudzenia, dowiedziałam się, że spotyka się z dziewczyną. Najpierw
bum, w pierwszej chwili, w drugiej szok, a w trzeciej nie zastanawiając się długo napisałam powodzenia i że życzę mu szcześcia. Napisał, ze w sumie to odpowiednia osoba wiec napisałam, "gościu brnij w to jak nóż w masło jeżeli czujesz że to to" I wiecie niby zabolało ale na serio
pogodziłam się z tym, że nigdy nie będziemy razem mimo, ze nas do siebie ciągnie. Wiem, że to jest najlepsze rozwiązanie w tej sytuacji, bo nie można żyć przeszłością. On sobie znalazł kogoś, pokazując mi w ten
sposób, że nie na mnie świat się kończy i ja muszę zrobić to samo. Fakt zawsze będzie dla mnie ważny, zawsze będę miała do niego sentyment i zawsze w jakimś stopniu będę go kochać i nosić w sercu, bo przecież to pierwsza miłość. Życie to nie bajka, jest inne i nie zawsze jest tak jakbyśmy tego chcieli. Czas nauczył mnie walczyć z tym, walczyć z jego brązowani oczami i słodkim uśmiechem. Uświadomiłam sobie to, kiedy to odmówiłam mu na wakacje spotkania. Poczułam wtedy, że nie chce ciągle żyć tym co było, i spotykać się z doskoku mimo, że za każdym razem u mnie było to samo. W jakimś stopniu z jednej strony wczoraj mnie to zabolało nie powiem, że nie bo zrozumiałam, że coś się zakończyło i trzeba żyć dalej. Natomiast z drugiej strony ciesze się, że układa sobie życie, bo jest na prawdę spoko gościem i zasługuje na
szczęście. Wiec znając życie, ja się jakoś z tym uporam i pozbieram a blog tak mi się wydaje skutecznie mi w tym pomoże.
 

 
Dzisiejszy wieczór znów samotnie między własnymi myślami.
Znów zastanawiam się na swoim życiem i swoimi sprawami. Dzisiaj jak miałam chwilę czasu, przypomniały mi się wiadomości od mojej pierwszej miłości i tak sobie do nich na FB wróciłam, poczytałam, pomyślałam nawet trochę się pośmiałam w duchu. No i? Właśnie no i? Strasznie cholernie żałuję, że nie mogło nam się ułożyć.. Zawsze będzie dla mnie kimś ważnym i to się nigdy nie zmieni nawet za milion lat. No ale jak to mówią "Co nas nie zabije to nas wzmocni, skoro tak zdecydował niech tak będzie" Minęło już co prawda kilka miesięcy ale jednak.. Hmm a druga sprawa to taka, że znów jak głupia gęś dałam się omamić i uwierzyć, że mimo wszystko może mi się udać z kimś innym. Liczyłam, że tak będzie.. I to hmm nawet w pamięci mam ten pocałunek, pod którym ugięły mi się nogi.. A całował niesamowicie.. Tyle wspomnień, tyle porażek, już nic nie wiem. Sama siebie czasem pytam dlaczego tak się dzieje.. Wiecie ciągle czekam, ale powoli utwierdzam się w przekonaniu, że życie w pojedynkę jest mi pisane, o ile nie lepsze bo nikt mnie więcej nie zrani.
 

 
No i stało się.. Znów po raz kolejny się zawiodłam.. Tak cholernie znowu się zawiodłam Tak myślałam, że ten wpis nie ma sensu, że ten wpis będzie tylko kolejnym moim smutem i czasem mimo, że można się wygadać i wysłuchać czułam, że muszę go tu napisać.. Nie chce w koło szukać żadnych rad, po co? jak? dlaczego? Wiecie liczyłam na to, że wreszcie poznałam kogoś kto będzie wart mnie i mojej osoby, wreszcie kogoś kto okaże się dobry dla mnie po moich przykrych przeżyciach i doceni mnie jako kobietę. Faktycznie na początku tak było, dostałam nawet romantyczny wiersz po pierwszym spotkaniu, a cieszyłam się jak dziecko, zresztą nie tylko ja bo moi rodzice tez się ucieszyli.. Później już totalna klapa.. No ale to nie ważne, najgorzej i najbardziej zabolało mnie w sumie to, że na weekend byłam umówiona na zdjęcia w jego miejscowości umawialiśmy się już z miesiąc że będę u niego nocować bo nie mam jak wrócić późnym wieczorem.. Przyjechałam okazało się, że wiele rzeczy było ważniejszych ode mnie.. Mimo, że byliśmy umówieni, "coś" okazało się ważniejsze niż ja.. Super, ekstra, zajebiście.. Jestem totalnie smutna na maksa, totalnie się zawiodłam.. Liczyłam, że spędzimy miło czas, że się poznamy, bo wydawał się w porządku chłopakiem i cieszyłam się jak dziecko gdy go poznałam i się z nim spotykałam.. Przeżyłam wspaniały weekend na zdjęciach miedzy artystami, poznałam zajebistych ludzi, spędziłam miło czas.. No ale co tego, jak do samego końca miałam nadzieje, że się tam zjawi.. Liczyłam na to jak głupia gęś.. Chciałam tego, chciałam żeby przyszedł i powiedział "przepraszam" z tym swoim zajebistym wzrokiem i pocałował mnie tak jak pierwszy raz kiedy nogi mi się ugięły.. No ale okazało się, że niestety wyszło jak zwykle.. I mimo, że podrywało mnie paru naprawdę fajnych gości, co podniosło moją samoocenę to liczyłam w głębi serca, że on przyjdzie.. No cóż, skończyło się jak zwykle.. Ciągle kogoś szukam, ciągle liczę, że na to, że znajdzie się ktoś kto mnie zrozumie i zaakceptuje.. Co mi po tym, że mówią patrząc na mnie, że dobrze mi z oczu patrzy i jestem dobrym człowiekiem.. To jest prawda to fakt, ale mimo tego dalej nie mam szcześcia.. Jakoś mnie ciągle mija..
 

 
Cześć tak wiem znów zaniedbałam.. Masakra, znów zaniedbałam na parę dni mojego bloga. Cóż mam powiedzieć.. Za dużo pracy, seryjnie za dużo pracy na głowie.. No ale wracając do meritum sprawy, chciałabym znów się wygadać.. Mianowicie, czasem wydaje mi się, że za dużo wymagam od faceta.. Chociaż nie wiem, czy spotykanie się to naprawdę za duże wymaganie.. Już sama po części nic nie rozumiem, już nic nie analizuję, nic kompletnie, nawet się w to nie zagłębiam. Zaczyna się jak zwykle pięknie, a później standardowo schody o byle pierdoły.. Coś mi się tak wydaje, że i ja nie nadaje się do związku i takie osoby też przyciągam, takie które nie są pewne czego chcą.. Irytuje mnie to strasznie, bo na początku zawsze zaznacza się granice, jakie można przekroczyć, a nie, że później nie jestem gotowy czy coś takiego. Staram się o tym w sumie nie myśleć, bo każde traktowanie mnie w taki sposób uświadamia mnie w przekonaniu, że moje życie w pojedynkę miało by naprawdę większy sens.. Dosyć często, gęsto zastanawiam się, jak to będzie w przyszłości? Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak do 30-stki człowiek nie znajdzie bratniej duszy i się weźmie ślubu to później jest jeszcze gorzej.. Chyba za bardzo pragnę mieć swoją rodzinę i właśnie dlatego wychodzi tak a nie inaczej.. Staram się o tym nie myśleć, staram się zajmować głowę czym się da, ale czasem, czasem po prostu się nie da. Szczególnie wtedy gdy widzę naprawdę zakochane w sobie pary i mimo to tak szczerze życzę im wszystkiego co najlepsze. Myślałam, że tu jakoś się ułoży, że „jakoś to będzie”, ale w sumie idzie znów w tym samym kierunku jak zwykle.. Nie mogę się przełamać, nie potrafię zaufać, a mówiąc mi o kochaniu kogokolwiek to dla mnie totalna abstrakcja.. Wewnętrznie męczę się niesamowicie, męczę się ze wspomnieniami, z tym co było, z tym co przeżyłam. Nie wiem już sama nic, jestem cholernie niezdecydowana, chciałabym żeby to wszystko było mega prostsze, mega łatwiejsze.. Zawsze powtarzałam, że jestem skomplikowanym człowiekiem i ze mną się jest( jak się mnie akceptuje), albo nie jest( jak ma się dosyć). Możliwe, że nie tylko ja jestem tak skomplikowana, ale podejmując tak ważne decyzję jak wybór partnera i nie mogąc na niego liczyć nawet w chorobie, to co będzie później? Jeżeli pojawią się poważniejsze problemy to jasne zamieciemy pod dywan i spoko.. Już nie rozumiem nic i nie rozumiem samego podejścia.. O losie daj mi oddychnąć, a przede wszystkim daj mi żyć tak, żeby wszystko nie kręciło się wokół jednego tematu.

PS.
Postaram się być na bieżąco z tym blogiem, ale czasem sytuacje losowe wymuszają na mnie sytuację takie jak kilkudniowe przerwy.
 

 
Hmmm zmiana o 180 stopni, bo zdarzyło się w sumie coś czego się nie spodziewałam. Jakis czas temu poznałam kogoś pisaliśmy przez jakiś okres czasu, ale nie spodziewałam, że się odezwie. Wiecie odezwał się w sumie nie spodziewanie. Pisze, nie po to żeby się wygadać, tylko żeby coś przez to pisanie może zrozumieć.. Nie wiem już sama. Bo tak bardzo się modliłam i chciałam zapomnieć o mojej pierwszej miłości, o faceci dla którego jestem w sercu ważna ale nie możemy być razem.. Tak bardzo zapętliłam się w tym, że mogę kogoś poznać, że tak się stało. Wiem, że wszystko jest nam pisane i że jeżeli jesteśmy cierpliwi to w końcu coś tam kiedyś zapuka do serca drzwi. No wiec tak o pierwszej miłości nie zapomnę nigdy to naturalne, ale On tak bardzo łagodzi mój stan umysłu, wypełnia go. Kurcze jest taki inny od innych, taki śmieszny, romantyczny, fajny, umie gotować i w ogóle akceptuje mnie mnie całą w całości. Nie znamy się długo, ale hmm na pewno się zauroczyłam to na 100%, a gdy mnie pocałował nogi mi się ugięły. A przy nim czuje się tak swobodnie jakbym znała go całe życie. Nie sądziłam, że coś takiego może mi się przytrafić.. Nie wiem też co będzie dalej, ale tak sobie myślę, że chciałabym czegoś więcej.. Czekam sobie na bieg wydarzeń, który niech się toczy swoim torem. To co jest nam pisane to to będzie.. Może to wreszcie ten czas mimo tych cierpień, że wreszcie mogę być szczęśliwa? Nie wiem, ale wierze z całego serca, że coś się z tego rozwinie, to z drugiej strony boje się zaangażować żeby znów nie cierpieć.. Czas pokaże co jest nam pisane.
 

 
„Wiadomo, że najtrudniejsze rozstania to te, gdzie dwoje ludzi coś łączy. A jeszcze trudniej, kiedy zdajesz sobie sprawę, że kochasz kogoś, ale nie możesz z nim być bo jest nie dojrzały.„
Zaczynam od cytatu, gdyż jakoś on trafnie dotknął mnie w moje myśli i serce. Wiem, że to już staje się powoli nudne i dla mnie i dla was, ale naprawdę z ręka na sercu, nie wiem jak mam sobie z tym poradzić. Cały czas wmawiam sobie, że nic się nie wydarzyło te 9 lat temu, że to tylko jest w mojej głowie i myślach i że jak kogoś poznam to na pewno będzie lepiej. Właśnie, że nie było lepiej chociaż przebłyskami może mi się tak wydawało? Czy to, że pragnę szczęścia u boku kogoś, kogo kocham to tak wiele? Tak ja wiem, że on jest niedojrzały, ja to wiem i on to wie, ale czy serce mimo, że tyle razy zostało przez niego zranione dalej go pragnie.. Czasem żałuje, że byłam wtedy w tej szkole morskiej, żałuje, że dałam się poderwać i omamić jak głupia nastolatka i gówniara (którą wtedy byłam). Wiecie naprawdę żałuje wielu rzeczy w swoim życiu, ale mimo tego jak to się potoczyło, jak to wygląda i jak nam osobno żadne związki się nie układają, ja ciągle wierze w tą magie. Jestem naiwna jak dziecko we mgle i ciągle wierzę w to, że może.. Mój rozum naprawdę toczy wewnętrzną walkę z sercem i kłócą się codziennie coś po między „zostaw go to przeszłość, trzeba iść dalej” a „przecież to twoja pierwsza miłość może jeszcze kiedyś coś będzie”. Jak mam wybrnąć z tej sytuacji, nie wiem sama.. Ciężko mi i choć wiem jak jest i wszystko mamy jasne, całą sytuację to ja jestem jaka jestem. A jakby tego było mało, mój wyjazd do niego na weekend jakoś miesiąc temu wszystko skomplikował. I choć wtedy wszystko wydawało mi się takie proste, On tam Ja tu, prawie 100km odległości, inne plany na przyszłość, inne zainteresowania, wszystko inne, wszystko różne, ale jednocześnie właśnie takie pociągające. Wszystko przedtem wydawało mi się takie łatwe, ale nie bo po co miało być łatwiej, jak zawsze można wszystko skomplikować, dać się poznać z lepszej strony tylko po to żeby znowu wbić nóż(w serce?), (zabawić się uczuciami?), (zabawić się moim kosztem?). Łatwo jest powiedzieć żegnaj, gdy wewnętrznie się z tym pogodzisz, ale ciężko jest się pogodzić ze słowem żegnaj gdy wiesz, że coś Cię do niego ciągnie. I choć myślisz sobie dam sobie spokój, poznam kogoś innego, kogoś z kim będę wspólnie tworzyć wspólne życie, nagle on zjawia się i zaczyna pisać, dzwonić, inicjować kontakt i wspominać piękne dawne chwile tylko właśnie po co? Po co znowu mieć ten kontakt i żyć tymi wspomnieniami, mimo iż były piękne? Każda rozmowa, każdy kontakt powoduje wewnętrzny ból, a w głowie jedna myśl „przecież wiem, że z nim nie będę to po co to wszystko? Po co się kontaktuje mimo, że umówiliśmy się że nie będziemy tego robić dla naszego wspólnego dobra?„ Z góry założone jak będzie, ale mimo wszystko te wspomnienia są tak realne i piękne, że ten kontakt zawsze odżywa na nowo, choć przybiera niekiedy inną postać. Chciałabym dać komuś tyle mojej miłości, żeby osoba z którą kiedyś będę wiedziała, że to jest szczere i prawdziwe. I choć wiem jak jest teraz nie mogę wejść w nic nowego, bo to się za mną ciągnie, a nie ma sensu wchodzić w nic nowego, gdy poprzednie drzwi nie są zamknięte. Może jak się uporam z tym wszystkim wewnętrznie i znajdzie się ktoś, kto naprawdę szczerze mnie zrozumie (a nie będzie tylko mówił, że rozumie) to wtedy wiem i wierzę w to, że mogę być jeszcze szczęśliwa jak nigdy.
 

 
Znów czuję, że muszę się komuś wygadać i jak zwykle zaglądam na bloga bo wiem, że on w pewnym sensie ukoi mój ból i tęsknotę. Jak zwykle znów nie mogę przestać o nim myśleć, kiedy jem, kiedy kładę się spać, kiedy wykonuje obojętnie jakiekolwiek czynności on cały czas jest ze mną. Każda minuta i każda sekunda, poświęcona jest jemu. Teraz jak sobie tak myślę, sięgam pamięcią wstecz i byłam w związku 6 lat (taki kawał czasu) ,a po przeanalizowaniu tego, wszystko zaczyna mi się układać w jedną całość związaną z nim. Niby to wszystko jest takie proste, niby tyle czasu minęło i czas żyć dalej nie rozbijać się o przeszłość, to co było nie wróci ja to wiem i on też to wie.. No ale.. No właśnie głupie ale, które kiedyś było moim zawahaniem w stosunku do tego jak go poznałam no i teraz.. Wiem, że nic nie jest proste, wiem też, że czasem człowiek sam stwarza sobie problemy i mimo, iż chciałby inaczej to inaczej się nie da. Znów mam chwilę przerwy w pracy, zastanawiam się nad tym całym sensem. Czy jest tutaj jakiś cień nadziei? Czy jest sens dalej marzyć i mieć choć odrobinę wiary w to, że może kiedyś będziemy razem? Raczej nie, ale dopóki nie poznam kogoś wartościowego, kogoś kto całkowicie zawładnie moją duszą i umysłem będę o nim marzyć i śnić. Nic na to nie poradzę, że odzywa się we mnie dusza romantyczki. Bardzo bym chciała, żeby było inaczej, a wiesz dlaczego, bo nie chce czekać aż się odezwiesz, nie chce czekać aż znowu zaczniesz ze mną flirtować, nie chce znowu zatracić się w tych twoich brązowych oczach, nie chce, nie chce, nie chce.. Po prostu już kur*wa nie chce, żyć tymi marzeniami co nie mają kompletnie sensu. No ale co mam poradzić na fakt, że tak cholernie mi na nim zależy mimo wszystko i mimo tego ciągłego bólu który mi sprawia.. Dni które z nim przeżyłam zostaną w moim sercu do końca życia, tak samo jak jego zapach, jego dotyk na mojej skórze, jego wzrok i jego pocałunki. A słowa które mi napisałeś,
że „Zawsze pozostaniesz do końca w sercu mym’ będą brzmieć już zawsze w mojej głowie, bo ja mam dokładnie to samo, mimo, że nasze drogi nigdy się nie zejdą. Zawsze pozostaniesz moją miłością niezależnie od tego co w moim życiu się wydarzy i co przyniesie los.
 

 
Dzisiaj znowu samotna niedziela z moimi smutami.. Nie wiem już co jest prawdą, a co bezsensownym kłamstwem.. Bywają takie dni, że tak cholernie mi Ciebie brak, po prostu tak bardzo.. Wiesz, że tego czego potrzebuje od życia to przytulenia się do Ciebie i powiedzenia Ci jak bardzo "..." (no własnie wiesz to). Wiem wtedy, że to byłoby takie szczere i prawdziwe no i wiem, że wtedy miałabym wszystko.. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, codziennie z tym walczę, codziennie mówię sobie, że oboje nas czeka całkiem osobne życie.. hmm czy tak właśnie ma być? Czy tak właśnie przeznaczenie nami kieruje? Chciałabym, żeby to było prostsze, ale niestety widocznie tak już musi być..
 

 
Witajcie, przytoczę wam dziś facebookową mądrość, która idealnie wstrzela się w moje życie i porywa do głębszego myślenia. Naprawdę warto się zatrzymać i zagłębić, bo to są nad wyraz mądre słowa.

"Nieważne, ile nieudanych związków mamy już za sobą. Jedyny pech polega na tym, że wychowaliśmy się w paskudnych warunkach. Dorastaliśmy w kulturze, w której porażka oznacza klęskę. W kraju, w którym popełnianie błędów jest rzeczą wstydliwą. Kiedy nawet uczenie się na nich nie jest doceniane, bo nie liczy się to, co z błędu wyciągnąłeś, ale sam fakt, że śmiałeś go popełnić. No więc: NIE. Porażka to tylko i wyłącznie lekcja. Taka, która mówi: nie tu, nie teraz, nie z nim, nie z nią. To najcenniejsza rzecz, jaka może Ci się przytrafić, bo stoi za nią DOŚWIADCZENIE. Czyli coś, co czyni Cię mądrzejszym i silniejszym.

Nie liczę stanów zakochania, ale kochać tak na serio, to kochałam zdaje się dwa razy. Ale wiecie, tak już na poważnie, wieloletnie, z ustaloną liczbą dzieci, wspólnymi priorytetami, fajnymi chłopakami i spoko łóżkiem. Tylko tak się składa, że to wszystko było za mało. Wyjścia z tego były dwa: zacisnąć zęby i tak w tym trwać, albo otrzepać kolana i pójść w inną stronę. Zaciskanie zębów odradzam, można nabawić się od tego nocnego zgrzytania.

Czy było mi wtedy przykro? O Jezu, tak. Było mi przykro nawet wtedy, kiedy chomik mi zdechł, chociaż wcale go nie kochałam. Co więc dopiero z drugim człowiekiem i to jeszcze takim, którego ciepło wita Cię o poranku. Tylko że ciepło daje też kot. Koc. Kaloryfer. A jak nie lubimy jeść śniadań w samotności, to zostaje nam jeszcze TV.

Mówiąc jednak poważnie: łatwo nie było, ale to dzięki tamtym dwóm razom wiem, czego potrzebuję, a przede wszystkim: czego NIE potrzebuję. I Wam też polecam. Bo jak można myśleć o zbudowaniu długotrwałej relacji, jeśli nie zna się nawet siebie? Jak można chcieć funkcjonować w związku z drugim człowiekiem, skoro nie wie się nic o sobie? Każdy związek jest lekcją, a omijanie cierpienia to pójście na łatwiznę. Można, ale po co? Żeby Ci było wygodnie? W trumnie też jest pewnie wygodnie, a jakoś nikt się do niej nie garnie.

To życie jest i to ma boleć. Nawet, jak zabolało już tysiąc razy, to tysiąc pierwszy nie robi różnicy. Co najwyżej zadziała zasada, że co Cię nie zabije, to Cię wkurwi. I nie przejmuj się, że coś miało być na zawsze. Na zawsze to ma się AIDS, wszystko inne dzieje się zwykle przez chwilę.

Natomiast bez względu na to, ile masz lat, dzieci, zmarszczek, kilogramów oraz koszul w kolorową kratę, zawsze, ale to ZAWSZE, masz przed sobą szansę na miłość. Tylko tego się nie robi z kubełkiem lodów w ręce. Tego nie robi się także siedząc przy paluszkach i cerując skarpety. To się robi, poznając nowych ludzi. Ruszając się z tego domu, zapisując na dodatkowe zajęcia, przysiadając na ławce w parku, pijąc kawę w kawiarni. Miłość to nie zawsze jest coś, co nam się przydarza. Czasem to coś, co sami musimy sobie zrobić.

Ważne tylko, żeby nie robić tego byle jak. Nie zadowalać się relacją, która „może być”. Mężczyzną, który „jest ok.”. Pranie w rękach też jest ok., ale jakoś wygodniej użyć do tego pralki.

Jasne, że są ludzie, którzy wolą być nieszczęśliwi we dwoje niż trwać w pojedynkę. Którzy angażują się w średnio udane relacje, bo dzięki temu jest im raźniej, wygodniej. Owszem, tak się zagłusza samotność, ale nie wygrywa życia. W związku trzeba iść na kompromisy, ale w miłości nigdy. Albo robisz to na sto procent, albo nie rób wcale. I nawet, jeśli długo już czekasz, pamiętaj – na najlepsze zawsze trzeba poczekać. Byle co może wziąć każdy. A Ty musisz wierzyć, że zasługujesz na więcej."

- Joanna Pachla
 

 
Minęło parę dni od ostatniego wpisu, a nawet parę lat ja ciągle mam go w głowie.. Eh powiem szczerze, że zaczyna mnie już to powoli męczyć, no bo tak wszystko wiem, wszystko jest dla mnie jasne a mimo to zapomnieć nie umiem i nie potrafię. Ten widok, to wszystko ciągle jak na złość widzę te zakochane pary.. Naprawdę ja jestem takim człowiekiem, że nikomu nie życzę źle, nawet najgorszemu wrogowi (jeżeli taki gdzieś jest?), no ale proszę dlaczego ja muszę na nich trafiać i przypominać sobie o mojej samotności i beznadziejności.. Zawsze jak wchodziłam w nowy związek, obiecywałam sobie naprawdę bardzo wiele już na samym początku znajomości i to jest błąd, który zawsze mnie gubi i zawsze później cierpię.
Jak teraz zdarzy mi się z kimś spotkać to wole po jakiś czasie dać sobie spokój, by nie było "jak zawsze". Hmm naprawdę, żeby komuś naprawdę na mnie zależało musiałby być cholernie cierpliwym człowiekiem i wytrwałym, i mimo, że ja bym go odpychała, on lgnął by do mnie jak osa do miodu (czy jakoś tak). Ciężkie te moje wszystkie relacje z facetami. Nie bez kozery mówią, że kobiety są z Wenus a mężczyźni z Marsa, coś w tym jest, bo oboje nie zrozumieją się nawet w odległej galaktyce. A po za tym hmm nie wiem już jak mam sobie to sama tłumaczyć, tak żeby nie bolało i tak żebym już o nim nie myślała.. Pewnie musi minąć duży okres czasu, żebym zaczęła myśleć inaczej niż myślę do tej pory..